Rejs wycieczkowcem

Po szybkim zwiedzaniu Berlina i Poczdamu  ruszyliśmy na południe. Po drodze ciekawą opcją jest zatrzymanie się w Norymberdze. My tym razem tego nie zrobiliśmy, więc również kiedy indziej napiszę o tym, dlaczego warto tam się zatrzymać.  Rzuciliśmy okiem i przenocowaliśmy w Bawarii, po czym zawitaliśmy do nieco cieplejszych Włoch, a dokładniej do nadmorskiego Celle Ligure, położonego 10 km od Savony w południowej Ligurii. Miejscowość, jak miejscowość. Nic nadzwyczajnego, aczkolwiek po zimnych Niemczech miłą odmianę stanowiło zrzucenie kurtek i czapek i spacer w ciepły późnopaździernikowy wieczór. Wąskie brukowane uliczki, zapach jedzenia, odgłosy włoskich rozmów. Uwielbiam!

Celle Ligure, Włochy
Celle Ligure, Włochy

Jednak Celle Ligure to tylko przystanek na naszej trasie. Po przenocowaniu wybraliśmy się do Savony, gdyż stamtąd ruszaliśmy w kilkudniowy rejs statkiem! Wielkim wycieczkowcem. Płynęliśmy Costą czyli statkiem tego samego przewoźnika, który kilka miesięcy później zatonął we Włoszech w okolicach Grosseto. Samochód zostawiliśmy na parkingu Costy. Cała obsługa związana z zostawianiem auta przebiegła zadziwiająco sprawnie.

Parking Costy
Parking Costy

Sam statek jest wielki i robi wrażenie. Jeśli nie mieliście okazji, to polecam! Nie jest to dla mnie najfajniejszy sposób spędzania czasu czy podróżowania, ale cieszę się, że miałam okazję zobaczyć, jak to wygląda. Na statku jest wszystko: baseny, dyskoteki, kasyno, wiele restauracji i barów, sklepów, teatr, centrum fitness, boiska do uprawiania różnego rodzaju sportów, pole do golfa. Taki rejs to ciekawy sposób na spędzenie kilku dni na morzu z ekipą znajomych albo z dziećmi, dla których też znajdziecie sporo atrakcji.

Costa
Costa
Costa
Costa
Costa
Costa

Niewątpliwie podróżowanie statkiem jest dużo przyjemniejsze, gdy jest ciepło. U nas pogoda była delikatnie mówiąc przeciętna, co zapewniło nam dodatkowe atrakcje w postaci silnych fal i zmian kursu. Ze względów ekonomicznych wybraliśmy kajutę na rufie, co również w przypadku dużych fal jest średnim pomysłem, bo buja ogromnie. Jeśli macie chorobę morską – to nie dla Was. Niewątpliwie warto mieć kajutę z balkonem. Dało mi to okazję zobaczyć najpiękniejszy w życiu księżyc, który był czerwony i wyglądał jak wielka planeta tuż nad naszymi głowami. Zarówno kajuta z balkonem, jak i kajuta z oknem wygląda jak całkiem przyjemny, luksusowy, ale nieco plastykowy pokój hotelowy. Generalnie cały statek tak wygląda. Taki plastykowy wypas. Wybór standardu kajut jest spory i w zależności od preferencji i zasobności portfela można coś dla siebie znaleźć. Również  jest kilka poziomów wyboru „all inclusive”. My mieliśmy drugi poziom, który zapewniał dostęp do różnych restauracji i barów, ale np. nie można było wybrać najdroższych alkoholi. W zupełności wystarczający poziom. Ceny rejsów różnią się też zależnie od pory roku. Oczywiście w wakacje jest najdrożej.

Kajuta z balkonem
Kajuta z balkonem

My wybraliśmy krótki, kilkudniowy rejs. Chcieliśmy zobaczyć, jak wygląda taka podróż. Rejs zaczął się koło południa i trwał do następnego dnia rano. Pierwszy przystanek na naszej trasie stanowiła, zgodnie z planem, Barcelona. Na zwiedzanie Barcelony było tylko kilka godzin. W opisie rejsu to niby prawie cały dzień, ale jednak sporo czasu schodzi na zacumowanie statku, dostanie się do miasta, a potem odpowiednio wczesny powrót na statek. Niesamowity widok na miasto można było podziwiać po powrocie na statek.

Wybrzeże Barcelony widziane z portu
Wybrzeże Barcelony widziane z portu
Wybrzeże Barcelony z portu
Wybrzeże Barcelony z portu

Po kolejnym rejsie nocnym, silnych falach i zmianie portu docelowego dopłynęliśmy na Majorkę. W planach była, natomiast, Ibiza. Z tej zmiany byliśmy właściwie zadowoleni. Z Majorki wypłynęliśmy dość wcześnie, co wiąże się z tym, że nie było na niej wiele czasu na zwiedzanie. Jednak wiał silny wiatr, więc te kilka godzin w zupełności wystarczyło, by rzucić okiem.

Majorka widziana ze strony morza
Majorka widziana ze strony morza

Po kolejnej sztormowej nocy dopłynęliśmy do francuskiego Tulon. Tu również nastąpiła zmiana planów, gdyż miała to być Marsylia. Tej zmiany troszkę żałowałam, gdyż Tulon, choć znajdujący się w pięknej Prowansji, nie za bardzo przypadł mi do gustu, jednak mimo wszystko wolałam bezpiecznie dopłynąć gdziekolwiek niż za wszelką cenę płynąć do Marsylii. Zresztą, jak morze zaszalało to wyboru i tak nie było:) Tu trafiliśmy na ciekawe widoki starych statków w porcie wojennym, które można również zwiedzać.

Tulon widziany z morza
Tulon widziany z morza
Tulon widziany z morza
Tulon widziany z morza

No i kolejna, już spokojna noc, to rejs do Savony. Warto jeszcze dodać, że obsługa na takim statku jest fantastyczna, posiłki bardzo dobre, soki ze świeżych owoców – bajka. Warto zabrać ze sobą coś eleganckiego, gdyż na kolacje czy wieczorne wyjścia większość gości ubiera się elegancko.

Podsumowanie podroży:

Etap 1: Berlin i Poczdam

Etap 2: Przez Bawarię jedziemy do Włoch

Etap 3: Z włoskiej Savony wsiadamy na trzy dni na statek i płyniemy nim do Barcelony, na Majorkę i do francuskiego Tulon

Etap 4: Słowenia


Jeśli post Ci się podoba lub uważasz, że może kogoś zainspirować, będzie mi miło, gdy go udostępnisz lub polubisz:)

Leave A Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *