Słowenia – co zobaczyć?

Ten malutki, górzysty kraj absolutnie zachwyca. Był kolejnym etapem naszej jesiennej podróży po Europie jakiś czas temu. Koniecznie planuję tam wrócić. Tylko tym razem w nieco cieplejszych miesiącach niż przełom października i listopada. O ile październik, ze względu na dużą ilość lasów i zmieniających barwy liści, wydaje się być dobrym pomysłem na zwiedzanie Słowenii, o tyle listopad jest już, przynajmniej jak dla mnie, za zimny.

Samochodem po Słowenii podróżuje się przyjemnie, jednak należy pamiętać o opłatach. Drogi są w dobrym stanie, oczywiście bywają kręte, jak to na górzysty kraj przystało. Winietki to absolutna podstawa! Bez nich nie wjeżdżajcie do Słowenii! Obowiązkowo już na granicy trzeba je mieć. Nam zdarzyło się nie kupić i niestety taka przejażdżka zaledwie kilku kilometrów, kiedy liczyliśmy, że winiety kupimy na najbliższej stacji, kosztowała nas sporo. Słoweńcy są bardzo skrupulatnie przygotowani na takie ewentualności, gdyż zatrzymując nas mieli przygotowane dokumenty w kilku językach (w tym po polsku) i zdjęcia informujące, w których miejscach pojawiła się po drodze informacja o konieczności zakupu owych winiet. Winiety można nabyć na stacjach benzynowych w Słowenii i w regionach przygranicznych krajów sąsiadujących, a także na pocztach i w kioskach na terytorium Słowenii. Mandat trzeba zapłacić od razu. W przeciwnym razie odpowiednie służby mogą skonfiskować nawet samochód… o czym poinformowała nas informacja przygotowana po polsku i podstawiona nam prosto pod nos. Tak zaczęła się przygoda ze Słowenią. Nieco zepsuła humor, tego chyba nie muszę mówić. Ponadto wraz z opuszczeniem południa Włoch temperatura spadła o jakieś 15 stopni, co również było średnio przyjemne. Ale… gdy podróż odbywa się w listopadzie to w sumie nie ma co spodziewać się upałów.

Na pierwszy ogień Lublana. Stolica jest malutka. Myślę, że dwa dni spokojnie starczą na jej zwiedzenie. Jest urocza i warto ją zobaczyć. Centralnym punktem jest Prešernov trg czyli główny plac Lublany. Warto zobaczyć słynny Smoczy Most (Zmajski most), przespacerować się ładnym nabrzeżem Ljubljanicy, wejść na Wzgórze Zamkowe, popatrzeć z niego na panoramę miasta i wynurzające się szczyty górskie.

Uliczki Lubliany

 

Następnie wybraliśmy się nad Jezioro Cerknickie, o tyle ciekawe, że to jezioro, które znika. Pojawia się późną jesienią, kiedy to intensywne opady deszczu sprawiają, że krasowe odpływy (ponory) nie zdążają wypuścić wody. Wokół jeziora jest mnóstwo szlaków rowerowych, pieszych i konnych, jednak nas aura zniechęcała do wyściubienia nosa z cieplutkiego samochodu nawet na chwilkę. Plusem było to, że rzeczywiście zobaczyliśmy jezioro wtedy, kiedy ono jest, w przeciwieństwie do pływających wiosek w Kambodży. Krasowe jezioro znajduje się 3 km na południe od miasta Cerknica. Dawniej wierzono, że jezioro znika z powodu tajemnych mocy, czarownic czy wilkołaków. Ponoć warto wybrać się z Cerknicy na szczyt Slivica, z którego można ujrzeć piękną panoramę jeziora. Przy pogodzie, która nam towarzyszyła wyprawa na szczyt nie miała sensu. Na następny pobyt zostawiliśmy sobie również wąwóz Rakov Skocjan.

Jezioro Cerknickie

Kolejnym punktem naszego road tripu po Słowenii był Predjamski Grad, który uchodzi za najładniejszy zamek Słowenii. Nieopodal jest inna słynna atrakcja – Jaskinia Postojna (ponoć jedna z najpiękniejszych jaskiń europejskich). Na te dwie atrakcje można kupić wspólne bilety. Niestety na Postojną nie starczyło nam już czasu (w listopadzie nie jest długo otwarta), więc zostaje również na następny raz.  Zamek rzeczywiście z zewnątrz robi wrażenie, natomiast w środku nie zachwycił mnie jakoś specjalnie.  Zamek pierwotnie pochodzi z XII wieku, jest zbudowany w skale krasowej.

Predjamski Grad
Wnętrza zamku

Z zamku ruszyliśmy prosto na zachód słońca na punkt widokowy do zamku Socerb (współrzędne: 45°35’20.327″N, 13°51’53.784″E). Rozpościera się z niego absolutnie zapierający dech w piersiach widok na Słowenię, Włochy i Chorwację. Widać Triest i Zatokę Triesteńską i zostaje to na długo w pamięci. To taki widok, na który patrzysz i patrzysz i pomimo listopadowego chłodu nie masz ochoty zbierać się do ciepłego samochodu.

Widok z zamku Socerb
Widok z zamku Socerb

Wisienka na torcie to nocleg w fantastycznym Piranie. Tu nawet temperatura z ciągu dnia była cudna. Listopad, a my bez kurtek. Jedno do czego mogę się przyczepić to to, że byliśmy w Piranie zdecydowanie za krótko. Koniecznie do nadrobienia.

Główny plac Tartnijev Trg, Piran

Piran to malutkie miasteczko położone na cyplu nad Adriatykiem. Szansa, że coś będzie leżeć nad Adriatykiem i znajdować się w Słowenii jest niewielka, gdyż Słowenia ma tylko 47 km linii brzegowej. A Piran akurat tę szansę wykorzystuje. Architekturą przypomina on Wenecję. Jest cudny i … pozbawiony samochodów. Do Piranu wjechać samochodem można, jednak koszt parkowania jest tak wysoki, że zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest zostawienie samochodu na pobliskim płatnym parkingu. Dzięki temu miasto nie jest zagracone samochodami. Do lat 50-tych żyła w Piranie głównie społeczność włoska i do tej pory włoski, obok słoweńskiego, jest językiem urzędowym. Jednym z miast partnerskich Piranu jest Łańcut, który swoją drogą również warto odwiedzić. W Piranie koniecznie trzeba pogubić się w jego maleńkich uliczkach, wdrapać na mury miasta, by zerknąć na panoramę (Piran z trzech stron otaczają wody Adriatyku, więc można sobie wyobrazić, że widoki do najgorszych nie należą), przysiąść na głównym placu Tartnijev Trg, pospacerować po wietrznym cyplu.

Piran

Kolejnym punktem na naszej Słoweńskiej mapce była Izola, położona zaledwie 12 km od Piranu. Izola jest jeszcze mniejszym rybackim miasteczkiem niż Piran. Ma tylko 11 tys. mieszkańców. Takie przyjemne nadmorskie miasteczko. Nie wiem, jak w sezonie, ale w listopadzie było pusto.

Izola, Słowenia

Następnie pojechaliśmy do Kranj, bardziej traktując je jako bazę wypadową. Tu zaszaleliśmy, bo spędziliśmy aż dwie noce. Hostel, w którym spaliśmy znajdował się nad samiutką rzeką Sawa, atmosfera w nim również była rewelacyjna. Kranj ma ładną, wartą zobaczenia, Starówkę.

Kranj, Słowenia

Na pierwszy ogień Wąwóz Vintgar na granicy Triglavskiego Parku Narodowego. W ogóle go nie planowaliśmy. Trafiliśmy tam z polecenia właściciela hostelu i był to strzał w dziesiątkę. Tu już niestety aura listopadowa dała się we znaki, ale również zapewniła nam fantastyczne widoki.  Wąwóz położony jest 37 km od Kranj. Spaceruje się po drewnianych kładkach zawieszonych nad rwącym potokiem. Na końcu czeka 26 metrowy wodospad Šum.

Wąwóz Vintgar
Wąwóz Vintgar

6 km od wąwozu znajduje się słynne Jezioro Bled, określane wraz z Piranem jako turystyczne pocztówki Słowenii. Jezioro jest nieduże i można je objechać rowerem czy samochodem lub obejść dookoła. Trasa wynosi ok. 6 km. W oddali widać Blejski zamek, usytuowany na skale, a na jeziorze kościół. Warto popłynąć na Blejski Otok, na którym zlokalizowany jest Kościół Wniebowzięcia NMP. W zamku znajduje się muzeum.

Jezioro Bled

Kolejne na naszej trasie było polodowcowe Jezioro Bohinj w Triglavskim Parku Narodowym (28 km od Bledu). Bohinj to nazwa zarówno jeziora, jak i całego regionu w jego sąsiedztwie. Tak samo, jak Bled to nazwa i miasteczka i całego regionu obok niego. Bohinj, położony pośród Alp Julijskich,  i jego okolice są bardziej naturalne i mniej popularne turystycznie niż Bled, więc jeśli lubicie takie klimaty to polecam.

Jezioro Bohinj

Pomimo, że Słowenia jest malutka (od Šalovci leżącego najdalej na północnym wschodzie do Piranu położonego po przekątnej Słowenii czyli na południowy zachód jest niespełna 300 km, co daje 3 godziny jazdy), oferuje ogrom atrakcji. Spływy po wartkich rzekach, trasy rowerowe, wspinaczkowe, jaskinie to tylko fragment atrakcji. Przyroda jest piękna, zachwycająca. Pomimo tego, że spędziliśmy w tym maleńkim kraju kilka dni, mam nieodpartą chęć, by zobaczyć więcej i dłużej, ale jednak wtedy, kiedy będzie cieplej i dzień będzie dłuższy.

Jezioro Bohinj

Jeśli post Ci się podoba lub uważasz, że może kogoś zainspirować, będzie mi miło, gdy go udostępnisz lub polubisz:)

Podsumowanie podroży:

Etap 1: Berlin i Poczdam

Etap 2: Przez Bawarię jedziemy do Włoch

Etap 3: Z włoskiej Savony wsiadamy na trzy dni na statek i płyniemy nim do Barcelony, na Majorkę i do francuskiego Tulon

Etap 4: Słowenia

Tutaj pomysł na całą podróż.

Leave A Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *