Martynika – francuski raj na Karaibach. Południowa część wyspy – gotowy plan podróży!

Z Warszawy wylatujemy w marcu. Jest typowa marcowa słota. Przesiadka w Paryżu, zmiana lotniska, słońce za oknem autobusu, piękne widoki. Nie zatrzymujemy się, lecimy dalej. Lądujemy za oceanem. Wychodzimy z lotniska późnym wieczorem, owiewa nas pasat, ciepły, ale zarazem dość silny. Łapiemy taksówkę i jedziemy do Fort de France czyli stolicy Martyniki. Kolonialny hotel w samym centrum (polecam go), tuż przy 4,5 hektarowym parku La Savane od razu sprawia, że zaczynamy czuć klimat Karaibów. Naprzeciwko hotelu, na skraju parku można zjeść street foodowe jedzenie, nawet późną porą. 24 stopnie, muzyka, dźwięki karaibskiej fauny. Bosko!

Fort de France – widok z balkonu hotelowego

Na Karaibach spędziłam dwa tygodnie. O tym, jak zaplanować podróż na Karaiby pisałam tu, a o cenach tu. Teraz, natomiast, chciałabym pokazać, co udało nam się zobaczyć na Martynice, co polecam, a co niekoniecznie. Wpis podzieliłam na dwie części.

Martynika przez rdzennych mieszkańców Ameryki nazywana była Wyspą Kwiatów i w sumie łatwo to zrozumieć.

Wyspa jest nieduża, ma tylko 80 km długości i 35 km szerokości. Należy do Francji. Jest jej zamorskim terytorium. Czyli znajduje się w Unii Europejskiej. My zaczęłyśmy od stolicy, bo tam przyleciałyśmy. Spędziłyśmy w niej dwie noce, by później wrócić na jeszcze jedną. W Fort de France wypożyczyłyśmy też samochód, którym po opuszczeniu stolicy odbyłyśmy roadtrip dookoła wyspy. Autko było bardzo małe, ale dało radę. Gdybyście podróżowali w więcej osób niż dwie to zdecydowanie weźcie coś mocniejszego.

Fort de France

Stolica Martyniki, urodą nie zachwyca, ale można ją odwiedzić. Przede wszystkim po miasteczku warto pochodzić, by poczuć kreolski klimat.

Na nabrzeżu rzuca się w oczy Fort St-Luis z 1639 roku. Obok jest mała bezpłatna plaża z dużą ilością biegających wśród kamieni krabów.

Nadmorska promenada
Plaża w Fort de France koło Fort St-Luis
Fort St-Luis

W parku bez większego trudu można wypatrzeć sporych rozmiarów iguany.

Obok naszego hotelu mieści się Muzeum Departamentalne Archeologii Prekolumbijskiej i Prehistorii Martyniki. Wejście jest taniutkie, jednak jak dla mnie muzeum to było stratą czasu.

Stary Ratusz

Ciekawym budynkiem jest natomiast budynek starego ratusza, a także Biblioteka Schoelchera. Warto zajrzeć do środka. Biblioteka została nazwana na cześć francuskiego bojownika o zniesienie niewolnictwa. Budynek pochodzi z 1889 roku. Został zaprojektowany na paryską Wystawę Światową. Po zakończeniu jej przetransportowano go na Martynikę i zbudowano ponownie. Jest bardzo ładny.

Biblioteka Schoelchera
Biblioteka Schoelchera

Warto też zajrzeć do Katedry Św. Ludwika z 1878 roku, która w ostatnich latach została lekko przebudowana i zmieniła kolorystykę z piaskowej na biało-niebieską. Tu miałam okazję zobaczyć fragment mszy.

Katedra Św. Ludwika

W Fort de France miałyśmy jeden cały dzień na spokojną aklimatyzację, ale myślę, że jedna noc i poranne zwiedzanie miasta też będzie ok.

Dalej udałyśmy się wzdłuż wybrzeża autem na południe wyspy.

Do Fort de France przybijają wycieczkowce – to też opcja na zwiedzanie Karaibów. Ja w ten sposób zwiedzałam fragment Europy. Pisałam o tym tu. Z Fort de France odpływają też statki na okoliczne wyspy. Z takiej opcji my skorzystałyśmy. Link do strony przewoźnika tu, jednak najpierw road trip po Martynice.

Les Trois-Îlets

Malutka nadmorska wioska. Na głównym placyku przed kościołem jest targ. Pamiętajcie, by nie robić zdjęć, dopóki czegoś nie kupicie. Lokalsi nie lubią tego. My kupiłyśmy konfiturę kokosową, którą bardzo polecam! Jest obłędna. W letnie poranki smażyłam naleśniki, podawałam do nich ową konfiturę i migusiem przenosiłam się na Martynikę.

W kościółku w 1763 roku została ochrzczona Cesarzowa Józefina, pierwsza żona Napoleona Bonaparte. Nieopodal można także zwiedzać dawną posiadłość jej rodziny, w której niegdyś niewolnictwo kwitło, a obecnie mieści się muzeum poświęcone pamięci Cesarzowej.  My zrezygnowałyśmy z niego.

Les Trois-Îlets

W wiosce znajduje się także umiarkowanej urody plaża, z której widać Fort de France, ulokowany po drugiej stronie zatoki.

Plaża w Les Trois-Îlets

Zatoczki Dufour i Noire (Anse Dufour i Anse Noire)

Bardzo polecam to miejsce. Można dojechać do niego samochodem, są parkingi. Następnie trzeba zejść na dół, nad zatokę. Obie zatoczki położone są dosłownie obok siebie. Zatoczka Dufour ma jasny piasek, natomiast Noire ma ciemny, wulkaniczny piach i leży przy rafie koralowej, w związku z czym można podziwiać podwodny świat niemalże z brzegu. To tu zaczęłam swoją przygodę ze snurkowaniem, więc sentyment do tego miejsca mam spory. Można też wypożyczyć kajaki. Ponoć największą atrakcją są tutaj żółwie morskie. Zatoczek w pobliżu Anses d’Arlet jest więcej, jednak my zdecydowałyśmy się na te dwie. W końcu i tak wygonił nas z nich ciepły, tropikalny deszcz.

Anse Dufour
Anse Noire

Rocher du Diamant czyli Diamentowa Skała

Drogą D37 dojedziecie do fajnego punktu widokowego, z którego widać bazaltową wyspę na Morzu Karaibskim, oddaloną o około 3 km od brzegu. Wystaje ona ponad 175 metrów ponad powierzchnię wody. Teraz niezamieszkana, w czasie wojen napoleońskich stanowiła bazę wojskową.  Ponoć można wykupić wycieczki, w czasie których ogląda się zamieszkujące w jej skałach nietoperze.   

Rocher du Diamant
Ta przecinka to droga wijąca się wzdłuż wybrzeża

Plaże du Diamant

Na Diamentowych Plażach zatrzymałyśmy się tylko na chwilkę. Lekko padał deszcz i zdecydowanie chciałyśmy pierwszego dnia road tripu dotrzeć do naszego trudno dostępnego noclegu przed zmierzchem. Plaże jednak są dość ładne, więc można na nich spędzić kilka godzin.

Plaże du Diamant

Nocleg miałyśmy w Riviere-Pilote, w ogrodzie pełnym tropikalnych roślin i zwierząt. Jednak nie będę Wam go polecać.

Punkt widokowy – Point de vue Baie du Marin

Bardzo ładny punkt widokowy. Można usiąść popatrzeć na zatokę, jest kilka stolików, wiata. Po drugiej stronie zatoki widać plaże du Marin. Zatoka w marcu miała takie płycizny, że na środku surferzy po niej chodzili. Z oddali można popatrzeć na żaglówki kołyszące się na wietrze czy na kite’y sunące po gładkiej tafli Morza Karaibskiego.

Point de vue Baie du Marin

Plaże les Salines, Słone Jezioro i Skamieniała Sawanna – must see!

Biały, miałki, delikatny piasek, błękitna ciepła woda. Kilka metrów od brzegu rząd palm i niewielki lasek odgraniczający plażę od drogi dojazdowej. Gdzieniegdzie kamienie, w morzu kolorowe rybki, choć nie w takiej ilości jak w Zatoczce Dufour. Idealna miejscówka dla żaglówek, które cumują na kotwicy, by popływać. Restauracja, w której w porze obiadu czeka się bardzo długo (jak wszędzie z resztą).

Grande Anse les Salines

Jeśli chcecie znacznie bardziej opustoszałe plaże idźcie w stronę Savane des Pétrifications. Tutaj też kończy się Morze Karaibskie, a zaczyna Ocean Atlantycki.

Obok plaży (dosłownie po drugiej stronie dojazdowej dróżki) znajduje się Słone Jezioro (Étang des Salines). Zbudowane są na nim drewniane kładki, którymi spaceruje się po jeziorze. Można oglądać ptaki, ogromne ilości malutkich krabików oraz białe czaple stąpające po wodzie. Spacer jest krótki, bo samo jezioro jest dość małe.

Słone Jezioro
Słone Jezioro
Słone Jezioro

Nieco dalej jest sawanna czyli Savane des Pétrifications. Jej krajobraz jest odmienny od zielonej, ukwieconej Martyniki. Jest tu sucho, można spotkać kaktusy. Aby wejść na sawannę przechodzi się przez mostek, do którego trzeba wejść po sporych kamieniach. Dla kogoś, kto ma trudności komunikacyjne, dla osób z wózkiem nie jest to dobra atrakcja, ale warto dojść choćby do samego mostku, gdyż trasa też jest ciekawa.

Mostek, za którym zaczyna się sawanna

 Habitation Clément

Następny nasz nocleg to hotel Fregate Bleue w okolicach Le Francois i destylarni rumu Habitation Clément. Bardzo go polecam (link). Od plaży Grande Anse des Salines oddalony jest o 30 km. Hotel ma butikowy klimat, składa się z kilku domków, jest jacuzzi, widok na ocean, basen ulokowany w restauracji (tak, tak, to nie pomyłka!).

Hotel Fregate Bleue

Habitation Clément to dawna destylarnia rumu, która działała do 1988 roku. Tytułowe zdjęcie pochodzi właśnie z niej. Dla zwiedzających udostępniona jest kompletnie wyposażona destylarnia i magazyny.

Można zobaczyć i posłuchać na wypożyczonym audiobooku o całym procesie fermentacji i destylacji rumu.  Spaceruje się po magicznych tropikalnych ogrodach, w których można zobaczyć, jak rosną banany, ananasy, figi, migdały, mango, czy tamarynd.

Ogrody w Habitation Clément
Drzewo migdałowe
Migdał

Miłym akcentem jest spacer wśród trzciny cukrowej, wszak trzcina była i jest nadal jednym z dóbr narodowych uprawianych na Martynice.

Wśród trzciny cukrowej

W audiobooku można posłuchać praktycznie o każdym drzewie czy roślinie.

Dla zwiedzających dostępna jest także typowa (bogata) XIX wieczna rezydencja, dawniej należąca do właścicieli plantacji.

Dostępna do zwiedzania jest także dawna, przydomowa kuchnia, która zgodnie z kreolską architekturą znajdowała się na zewnątrz głównego domu.

Dom plantatorów

Na koniec oczywiście degustacja i fantastycznie zaopatrzony sklep.

C.d.n….

Jeśli post Ci się podoba lub uważasz, że może kogoś zainspirować, będzie mi miło, gdy go udostępnisz lub polubisz:)

Leave A Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *